Kategorie
Felietony

„Będziesz mieć swoje dzieci, to zobaczysz…”

„Będziesz mieć swoje dzieci, to zobaczysz…”

Zdanie otwierające ten tekst z pewnością słyszałeś/łaś niejeden raz. Ja również, szczególnie od swojego taty, który mówił mi to, gdy jeszcze byłem młodym szczylem. Moja odpowiedź-reakcja na ten tekst, była zawsze taka sama i brzmiała… „Ehe”. No bo w sumie kto zastanawia się nad takimi rzeczami mając 15/16 lat? Raczej przechodzimy wtedy okres buntu i sprzeniewierzenia się powszechnie przyjętym normom. Nie byłem w tym temacie odosobnionym przypadkiem i również podchodziłem w tym wieku do tematu rodzicielstwa i autorytetu rodzica dość, jakby to powiedzieć, „olewczo”. Lata mijały, człowiek dorastał, zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Przynajmniej tak mi się wydaje. Z biegiem czasu zacząłem myśleć poważniej o rodzicielstwie. Fakt, nie miałem zbytnio możliwości rozwinięcia skrzydeł ze względu na nieodpowiednią partnerkę na początku, ale na szczęście po kilku latach temat się wyprostował i radosne paski na teście ciążowym obwieściły mi (wraz z kochaną żoną) nowinę, która rozradowała mnie niezmiernie. W tym samym momencie pojawiły się obawy pt. „Jakim ja będę ojcem?”, „Czy dam sobie radę?”, „Jak to będzie?”, ale dzięki wsparciu mojej drugiej połówki wszelkie wątpliwości odeszły w cień. Pomijając sam okres ciąży, bo w sumie z perspektywy faceta mógłbym mówić jedynie o pozytywach, a to nie byłoby pewnie miarodajne, opowiem o czymś, co pojawiło się w momencie, gdy mój cudny syn, Krzyś, przyszedł na świat. Jak bumerang wrócił do mnie tekst „Będziesz mieć swoje dzieci, to zobaczysz…” – nie wiem, czy stało się to totalnie podświadomie, czy przypomniałem sobie tę gadkę i wykluło się to we mnie pół-automatem. Ciężko teraz przywołać to w pamięci, jednak zadarłem czoło do góry, jak to mam w zwyczaju, stwierdzając, że nie będzie stereotypowania. Każdy prędzej czy później, jeśli chce, przez to przechodzi, więc i ja dam radę. Minął prawie rok, odkąd zostałem rodzicem. Przez ten rok wydarzyło się wiele – mnóstwo cudownych, wspaniałych chwil, mnóstwo stresu, łez, nerwów. W tych smutnych chwilach człowiek się zmienia, zauważyłem to niedawno. Przykład? Kiedy jesteś chory, to wiesz, co z tym zrobić – idziesz do lekarza, przyjmujesz leki, zdrowiejesz. W przypadku dziecka, które nie umie jeszcze mówić, a więc określić, co mu jest, jedyne, co możesz robić, poza oczywiście konsultacją lekarską, to obserwować i działać często instynktownie. Nie wiem, ile razy w ciągu niecałego roku byłem rozbity na kawałki, ale przynajmniej kilka. Zawsze wiązało się to z chorobą Krzysia, pobytem w szpitalu. Wtedy wracało do mnie wszystko – BĘDZIESZ MIEĆ SWOJE DZIECI, TO ZOBACZYSZ.

Nie lubię przyznawać komuś racji. Taki typ. Niepokorny (pozdro Stachursky). Nie będę ukrywał, że szczególnie racji nie lubię przyznawać mojemu tacie. Choć kocham go nad życie i skoczyłbym za nim w ogień i nigdy nie odmówię mu pomocy, to zbieżność charakterów powoduje, że za cholerę nie mogę jednoznacznie zgodzić się z tym co mówi, czy to w temacie polityki, czy ogrodzenia podwórka przy domu rodzinnym. Kiedy dotarło do mnie wyraźnie to, że wszystko, co mówił, było prawdą, złapałem się za głowę. Pomyślałem „starzejesz się, albo co”. Tak, czy owak… Tak, Ci, którzy mówią, że zobaczycie, kiedy będziecie mieli swoje dzieci, mają rację i to dyskusji nie podlega. Bo rodzicielstwo nie jest usłane różami, a liczba przeciwności jest ogromna. Mówię to po prawie roku, a sam nie wiem, co czeka mnie w przyszłości. Biorąc pod uwagę sposób bycia mojego najdroższego dziecka, które ewidentnie inspiruje się mną… Może być… Ciężko… No ale, jeszcze kilkanaście lat i sam będę mógł powiedzieć: „Jak będziesz mieć swoje dzieci, to zobaczysz…”

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!